piątek, 29 kwietnia 2016

Każdy ma to, na co się odważy

Ostatnio przeczytałam, że debiut w maratonie powinien być poprzedzony pełną gotowością fizyczną i mentalną. Po pierwszym starcie na dystansie maratońskim częściowo się z tym zgadzam. Dlaczego tylko w części? Bo gdybym uległa swojemu wewnętrznemu głosowi mówiącemu, że nie dam rady odpuściłabym jeden z najfantastyczniejszych biegów, w jakich przyszło mi brać udział. Ale po kolei…




Oczywiście przygotowanie fizyczne to absolutny priorytet w realizacji marzeń o maratonie. Tylko jak ustalić, kiedy kondycyjnie jest się na niego gotowym? Nie ma prostej recepty, mogę jedynie wskazać, jak było w moim przypadku. Od czterech lat biegam w miarę regularnie. Przez „w miarę regularnie” rozumiem 3-4 treningi w tygodniu traktowane jako niezbędne minimum. Na udział w maratonie zdecydowałam się po wcześniejszym wybieganiu blisko 3.500 km i ukończeniu 5 zawodów półmaratońskich (innych długich wybiegań i półmaratonów popełnionych przy okazji rutynowych treningów nawet nie liczę). 





W bieganiu, tak jak w życiu codziennym jestem osobą poukładaną, która źle znosi chaos w działaniu. Z tego też względu uwielbiam biegowe plany treningowe. W okresie bezpośrednich przygotowań startowych lubię mieć grafik wywieszony na lodówce i realizować go krok po kroku. Wiem, że w tych kwestiach lepiej zdać się na mądrzejszych od siebie i za bardzo nie kombinować. Dlatego, gdy podczas przygotowań do ORLENU z różnych przyczyn odpuściłam plan treningowy wpadłam w panikę, że nie jestem gotowa. I tu pojawia się drugi aspekt, czyli przygotowanie mentalne. No właśnie… W moim przypadku temat szczególnie delikatny, jako że praktycznie przed każdym WAŻNYM startem nie czuję się na niego w 100 % gotowa. Oczywiście biegam wyłącznie dla siebie, nie traktuję biegania, jak religii, ale jeśli chodzi o wynik końcowy, to jednak lubię pobijać życiówki. Bo biegam nie tylko dla siebie, ale i ZE SOBĄ i właśnie na tej płaszczyźnie koncentruje się moja rywalizacja biegowa... 
Do tego doszło onieśmielenie związane z maratońskim kilometrażem. Dla niewtajemniczonych: co do zasady maratonu nie trenuje się maratonami, tzn. że mój debiut na ORLENIE miał być rzeczywiście biegowym PIERWSZYM RAZEM na królewskim dystansie. Stąd oczywisty respekt, pokora i szacunek wobec 42 km, których nigdy wcześniej nie zaliczyłam w trakcie treningu. Towarzyszyły im obawy, strach i wątpliwość, czy moje nóżki wespół z rozkojarzoną ostatnio głową dadzą sobie radę. Na pewno nie pomagał fakt, że rejestracji na ORLEN dokonywałam w początkowej fazie przygotowań, kiedy wydawało mi się, że w kwietniu to ja biegowo będę „góry przenosić”. Zadeklarowałam wtedy strefę czasową 4:00-4:15. Jednak im bliżej startu, tym zakładany wynik w zderzeniu z widocznym brakiem formy uświadami mi jak bardzo byłam naiwna… 






Z tego też względu jadąc na ORLEN założyłam, że biorę w ciemno każdy wynik gwarantujący mi bezkontuzyjne przekroczenie mety. Oczywiście gdzieś po cichu liczyłam, że mimo zawalenia planu treningowego czas oscylujący w granicach 4:30 jest w zasięgu moich aktualnych możliwości, ale wiadomo – na tym etapie już nic na siłę. W dniu zawodów, tuż przed startem po raz pierwszy zaszkliły mi się oczy, że w ogóle tu jestem. Wbrew wszystkim wydarzeniom, które ostatnio miały miejsce… Huk startera, balony w górę i lecimy! Słuchając rad moich szanownych kolegów maratończyków zaczęłam wolniej, co by się za szybko nie spalić. Już na pierwszym kilometrze poczułam, że prawy but mam za luźno zasznurowany. Pech? Złośliwość losu? Przestroga opatrzności? Przecież NIGDY WCZEŚNIEJ nic podobnego mi się nie przytrafiło? Pomyślałam, że szkoda czasu na tak wczesną przerwę podyktowaną wiązaniem buta. Zwłaszcza zakładając, że gdzieś na trasie i tak przejdę do marszu lub zatrzymam dla rozluźnienia mięśni. Jak się później okazało w ten sposób przebiegłam CAŁE 42 km bez zatrzymywania się i przechodzenia do marszu. Ponieważ prawa noga musiała przez to mocniej pracować, przy kolejnym biegu regeneracyjnym mięsień dwugłowy uda nie omieszkał mi za to „podziękować”(!). Głupota, jakich mało...




Kapitalna atmosfera na trasie!!! Życzę każdemu, żeby choć raz wziął udział w biegu ulicznym nieważne na jakim dystansie właśnie dla jego atmosfery. I dopingu kibiców, zwykle zupełnie obcych ludzi skandujących nasze imiona widoczne na numerach startowych. Do tego muzyka różnego rodzaju zespołów. I motywacyjne transparenty! Najmilej wspominam hasła: „Zachciało Ci się darmowej wody i bananów, to teraz BIEGNIJ!!!” albo „Biegnij - Kenijczycy już jedzą na mecie”. Po przeczytaniu człowiek od razu uśmiecha się do siebie i pokonuje tych kolejnych kilkadziesiąt metrów zapominając o bólu... 




Co podczas maratonu wycisnęłam z dotychczasowych treningów? Przede wszystkim umiejętność utrzymania równego tempa biegu, pozwalającą na uniknięcie przedwczesnego zakwaszenia mięśni. Oczywiście adrenalina też robi swoje. Bardzo obawiałam się słynnej „maratońskiej ściany”, która pojawiła się a jakże, ale dopiero na 37 km. Gdybym wtedy pomyślała, że przede mną jeszcze TYLKO 5 km, zapewne by nie pomogło. Postanowiłam więc, podzielić bieg na 1-kilometrowe odcinki o charakterze "dziękczynnym", koncentrując się na różnych aspektach życiowych. A kiedy na 39 km zobaczyłam Stadion Narodowy znów złapałam wiatr w żagle, czując że DAŁAM RADĘ. I to z jakim skutkiem - czas netto: 4:05:28, czyli debiut MARZENIE!!! 






Oczywiście za metą płakałam jak mała dziewczynka. I nie miało znaczenia, że wieczorem bolało mnie wszystko, włącznie z włosami. Najważniejsze, że podołałam!!! A medal tak piękny, że nawet zastanawiałam się, czy z nim nie spać? Do tego po dwóch dniach bez problemu wcisnęłam się w buty na wysokich obcasach, więc nie było tak źle, jak zakładałam.





      
Czego nauczył mnie maraton? Pewnie tego, że nie wolno się go przestraszyć. Że nie należy go demonizować i odkładać startu na „święte nigdy”. Maraton dał mi cudowne poczucie, że MO WSZYSTKO. W końcu pewnie i tego, że nie ma idealnego momentu na jego przebiegnięcie, tak jak nie ma idealnego momentu na rzucanie pracy, motyle w brzuchu, rezygnację z toksycznych znajomości, czy grę va banque. Każdy może okazać się tak samo dobry lub tak samo zły. Chodzi o to, by ODWAŻYĆ S pomimo wszystko… Albo mieć w pobliżu ANIOŁA STRÓŻA, który nie pozwoli wycofać się, gdy w głowie pojawi się taka natrętna myśl. Bo to, że pojawi się prędzej, czy później jest pewne, jak śmierć i podatki...
 

sobota, 16 kwietnia 2016

Napięcie sięga zenitu

Za tydzień ORLEN WARSAW MARATHON. Mój pierwszy. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby na tym etapie nie targały mną sprzeczne emocje i strach przeogromny, czy podołam. Z dziesięć razy pomyślałam, żeby się wycofać, bo gdzieś w tyle głowy kołacze myśl, że nie dam rady. Nie jestem wystarczająco wybiegana, koncertowo zawaliłam okres treningowy i w ogóle za cienka jestem na królewski dystans. Pojawiła się też pokusa, żeby przełożyć debiut na jesień, dzięki czemu zyskam kilka kolejnych miesięcy na spokojne treningi i pokonanie upragnionego dystansu w pierwotnie założonym czasie… Prawda jest taka, że mam chyba jakiś psychiczny problem z maratonem i może właśnie dlatego nie powinnam teraz odpuścić. Do tego pewna mądra, tegoroczna maturzystka, gdy powiedziałam jej, że potraktuję ORLEN jak sprawdzian z matematyki, który „trzeba zaliczyć” poradziła mi biec z nastawieniem, że po prostu potrafię i mogę, a nie muszę :-))). I tej myśli zamierzam się trzymać, jeśli na ORLENIE dopadnie mnie słynna, maratońska ściana… A na ostatniej prostej przed startem poza makaronami zajadam buraki pod każdą postacią, stąd propozycja dzisiejszej przekąski. 

     

Buraczki z balsamico,
orzechami włoskimi i mozzarellą

Składniki:

- 4 buraki (ugotowane ze skórką),
- garść orzechów włoskich,
- ½ pęczku natki pietruszki,
- 4 łyżki octu balsamicznego,
- 100 g mozzarelli („mini-kulki”),
- sól i pieprz (do smaku).

Ostudzone buraki obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach, połączyć z posiekanymi orzechami, balsamico i natką pietruszki. Doprawić do smaku solą i pieprzem, na koniec wymieszać z kulkami mozzarelli.















 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Dzień dobry bardzo

Ranek. Powolne wstawanie. Na śniadanie owsianka z borówkami i świeżo wyciskanym sokiem marchwiowym. Cisza przerywana przyjemnym ćwierkaniem ptaków. Leniwe chwile w kapciach na tarasie, z głową wciśniętą w zieloną ścianę lasu. I ciepłe promienie słońca w pakiecie ze świętym spokojem, który tak lubię i doceniam. A na dokładkę wiosenna sałatka w porze obiadowej. Wszystko zgodnie z zasadą, że szczęście ma prosty smak...



Sałatka z rukolą, wędzonym boczkiem,
jajkiem sadzonym
i grzankami ziołowymi

Składniki:

- garść rukoli,
- kilka plastrów wędzonego boczku,
- pszenna bagietka,
- 1 jajko,
- kilka pomidorków koktajlowych,
- kilka czarnych oliwek,
- garść kiełków brokuła,
- 3 łyżki oleju lnianego,
- 1 łyżka soku z cytryny,
- 1 ząbek czosnku,
- 2 łyżki masła,
- ½ łyżeczki ziół prowansalskich
- sól i świeżo mielony pieprz.

Olej lniany wymieszać z sokiem z cytryny i ząbkiem przeciśniętego przez praskę czosnku, doprawić do smaku solą i pieprzem. Wymieszać z rukolą, pokrojonymi na połówki pomidorkami koktajlowymi, oliwkami i kiełkami.

Boczek uprażyć na suchej patelni. 

Bagietkę pokroić w kromki, posmarować z obu stron łyżką masła, posypać ziołami prowansalskimi – zapiec w piekarniku do zarumienienia.

Na pozostałym maśle usmażyć jajko sadzone.

Na sałacie ułożyć prażony boczek, na wierzchu jajko sadzone - całość oprószyć solą i świeżo mielonym pieprzem.



















poniedziałek, 7 marca 2016

Kierunek: Litwa

W ubiegłym tygodniu zafundowałam sobie krótki wypad na Litwę. Chociaż niezmiennie uważam, że moje ukochane Bieszczady są idealnym miejscem do życia, to zawsze gdy przychodzi mi stąd wyjechać przekonuję się, jak wszędzie mamy daleko... Nie muszę zatem wspominać, że blisko 12-godzinna podróż autokarem ścianą wschodnią do przejścia granicznego w Ogrodnikach nie należała do najprzyjemniejszych. W rejonie Białostocczyzny powiało chłodem, dzięki czemu zrozumiałam, dlaczego prognozy pogody dla tego obszaru wskazują tak niskie wartości. Litwa również przywitała nas ostrym powietrzem. Powiedzieć, że było zimno to duuuuuuuże uproszczenie. Nigdy i nigdzie tak nie przemarzłam, jak podczas litewskiej "wyprawy". Po części sama jestem sobie winna, bo nie zabrałam puchówki. Nauka na przyszłość? Na Wschód zawsze w puchu... Pierwszym punktem programu było zwiedzanie uzdrowiskowej miejscowości Druskienniki, znanej z leczniczych wód, zabiegów borowinowych, czy kuracji solankowych. Miasta spokojnego i niezatłoczonego o tej porze roku. 
















W Druskiennikach największe wrażenie zrobiło na mnie nadbrzeże Niemna, bo oczywiście od razu pomyślałam, że fajnie by się tu biegało. No i te brzózki z kępami jemioły - moja słabość nie tylko w okresie bożonarodzeniowym... 










Po mroźnym spacerze uliczkami miasta rozgrzewaliśmy się litewskimi przysmakami w postaci zupy z kurkami, cepelinów i placków po żmudzku, czyli blin ziemniaczanych z nadzieniem mięsnym lub grzybowym okraszonych sporą dawką śmietany. W godzinach wieczornych przyjazd do Wilna, zakwaterowanie w "Hotelu Corner", kolacja i szybki wypad do sklepu po artykuły "pierwszej potrzeby", w tym polecaną przez panią przewodnik nalewkę "999". I tu kolejne zaskoczenie: po godzinie 2200 sprzedaż alkoholu jest zabroniona. Nic tylko czekać, jak nasz ustawodawca sięgnie w tej kwestii po podobne wzorce...  



Kolejny dzień upłynął pod znakiem zwiedzania najważniejszych zabytków miasta. Nie mogło zabraknąć czasu na urokliwą Starówkę, Pałac Prezydencki, Katedrę Wileńską, Kościół św. Anny, Ostrą Bramę, Zamek Dolny, Kościół św. Piotra i Pawła (z przepiękną, barokową kopułą – w moim osobistym rankingu zdecydowany numer dwa, jako że do tej pory żaden obiekt nie zdołał zdeklasować kasetonowej kopuły Kaplicy Boimów). 




























Ogromne wrażenie zrobił też na mnie cmentarz na Rossie, gdzie spoczywa serce Józefa Piłsudskiego. Prosta mogiła z czarnego marmuru, na której znajduje się cytat z poematu Juliusza Słowackiego: „Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą za innych śladem iść tą samą drogą". No i figura Czarnego Anioła - unikatowa wizytówka wileńskiej nekropolii








Wilno naszpikowane jest śladami polskości, wśród których nie sposób pominąć dwóch wybitnych wieszczów epoki romantyzmu. Miasto kolorowe, wielowymiarowe, tętniące życiem i ludźmi.




















Po południu wzięliśmy udział w „Kaziukach”, czyli odbywającym się od ponad 400 lat jarmarku z okazji dnia św. Kazimierza, uznawanym za jedno z najbarwniejszych świąt miasta. Towarzyszyły mu przemarsze, wystawy i stragany. Stoiska kusiły zapachem swojskich kiełbas, boczków, kindziuków i różnego rodzaju ryb bałtyckich. Można też było posmakować tradycyjnego, litewskiego razowca. Do tego szeroki wybór rękodzieła, od misternych robótek ręcznych, po ceramikę, obrazy, czy wyroby z drewna. 
























  

Następnego dnia pojechaliśmy do pobliskich Ponar, gdzie w latach 1941-44 oddziały SS przy niechlubnym udziale strzelców litewskich zamordowały blisko 120 000 ludności cywilnej, w tym według różnych źródeł od 20 do 40 000 Polaków. Trudny element historii polsko-litewskiej, zupełnie mi nieznany.










Przed powrotem do kraju odwiedziliśmy jeszcze miejscowość Troki, w której znajduje się Zamek Wielkich Książąt Litewskich. 




















Pokryte lodem i śniegiem pobliskie jeziora najpełniej oddawały surowość klimatu, z jakim przyszło nam się mierzyć podczas pobytu na Litwie
















Moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne. Chciałabym przyjechać tutaj ponownie w jakimś cieplejszym miesiącu. Atutem są dobre drogi dojazdowe, czy smaczne jedzenie, minusem dość wysokie ceny (strefa EURO). Wprawdzie język zupełnie niepodobny do niczego, ale wielu mieszkańców mówi po polsku lub go rozumie, więc nie ma problemów z codzienną komunikacją. Kraj warty odwiedzenia! Nabrałam teraz apetytu na Łotwę i Estonię (oczywiście po uprzednim spakowaniu puchówki), a w przyszłym roku marzy mi się wyjazd do Petersburga…