wtorek, 15 sierpnia 2017

Półka z książkami

Kupowanie książek kucharskich to jedna z moich na szczęście niegroźnych słabości. Wiem, wiem: życia mi nie starczy na przetestowanie wszystkich zawartych w nich przepisów, ale tak trudno powstrzymać się przed kupnem kolejnych! Dla mnie już sama możliwość kartkowania książek kucharskich jest krzepiąca, a jeżeli jeszcze trafię na przepis godny wypróbowania to już pełnia kulinarnego szczęścia... Tym razem zafiksowałam się na "Sezon na Thermomix", czyli coś z kręgu przepisów do tego niezwykle pomocnego urządzonka. Ponieważ cierpię ostatnio na nadmiar zdobycznej cukinii postanowiłam przygotować z niej placki. W oryginalnym przepisie był dip bazyliowy, ale ponieważ miałam natkę pietruszki jest pietruszkowy. Sposób wykonania zmodyfikowałam dla tych, którzy nie korzystają z Thermomix'a, a chcieliby pokusić się o zrobienie placków w tradycyjny sposób. 


Pieczone placki cukiniowe
z dipem pietruszkowym

Składniki:

Placki cukiniowe:
- 100 g parmezanu,
- 20 g szalotki,
- 80 g pora (pokrojonego w kawałki),
- 250 g cukinii (pokrojonej w kawałki),
- 20 g masła,
- 120 g mąki pszennej,
- 2 jajka,
- 2 łyżki śmietany 36 %,
- ½ łyżeczki soli,
- ½  łyżeczki pieprzu,
- oliwa do nasmarowania blachy.

Dip pietruszkowy:
- ½ pęczka natki pietruszki,
- 240 g twarogu,
- 80 g śmietany 12 %,
- 5 g soku z cytryny,
- sól i pieprz (do smaku).

Placki:
Parmezan rozdrobnić - przesypać do osobnego naczynia. Szalotkę, pora i cukinię rozdrobnić (można użyć blendera) – udusić na maśle. Zdjąć z ognia, dodać mąkę, jajka, śmietanę, sól i pieprz – całość wymieszać.  
Piekarnik rozgrzać do temp. 230 st. C. Wierzch wyłożonej papierem do pieczenia blachy posmarować oliwą, kłaść łyżką placki cukiniowe zachowując 1-cm odstępy - posypać parmezanem. Piec 15-20 min. na złoty kolor.

Dip:
Natkę pietruszki rozdrobnić lub drobno posiekać. Zmiksować z twarogiem, śmietaną, sokiem z cytryny. Doprawić do smaku solą i pieprzem, podawać jako dodatek do placków.


















A poniżej moja podręczna "półka kucharska":



niedziela, 13 sierpnia 2017

Jagodowa miłość

Domowe jagodzianki chodziły za mną od dawna, jednak zawsze „coś ważniejszego” stawało mi na drodze. Dziś powiedziałam: dość i z samego rana zabrałam się do roboty. Przyznaję, że są nieco czasochłonne, ale warte zachodu, bo nie tak przesłodzone jak te z cukierni. Pysznej niedzieli!


*Przepis pochodzi ze strony  Kwestia Smaku.


Jagodzianki

Składniki:

Ciasto:
- 50 g drożdży,
- 250 ml ciepłego mleka,
- 500 g mąki pszennej,
- 1 jajko,
- 5 żółtek,
- 100 g cukru,
- 100 g roztopionego masła

Dodatkowo:
- ok. 300 g jagód,
- żółtko z łyżką mleka (do posmarowania wierzchu).

Drożdże o temperaturze pokojowej pokruszyć, dodać połowę ciepłego mleka, 1 łyżeczkę cukru i 2 łyżeczki mąki – wymieszać. Przykryć ściereczką, odstawić na ok. 10-15. min. w ciepłe miejsce do wyrośnięcia rozczynu.
Jajko i żółtka ubić z pozostałym cukrem na puszystą masę. Mąkę przesiać do dużej miski, dodać rozczyn, resztę ciepłego mleka, ubite jajka oraz ostudzone masło. Wyrabiać na elastyczne ciasto ok. 15 min. aż będzie odchodzić od ręki. Przykryć ściereczką - odstawić na ok. 1 i ½ godz. do wyrośnięcia.
Wyłożyć na stolnicę, podzielić na 16 części, każdą rozpłaszczyć, na środek kłaść jagody, dokładnie zlepić. Wyłożyć na 2 blaszki – odstawić na kolejne 30 min. do wyrośnięcia.
Piekarnik rozgrzać do 180 st. C (bez termoobiegu). Wierzch jagodzianek posmarować roztrzepanym żółtkiem z mlekiem, piec w dwóch partiach ok. 16-18 min. na środkowej części piekarnika.   











  









A poniżej kilka zdjęć z ostatniego wypadu do Słowackiego Raju i Wodospadów Zimnej Wody:






















 

czwartek, 20 lipca 2017

Wciąż tyle gór do zdobycia

Ubiegły weekend to krótki, lecz intensywny wypad w Tatry. Żałuję, że nie mieszkam bliżej, bo uwielbiam tu być nawet wtedy, gdy prognozy pogody wydają się mało optymistyczne (podobnie jak podczas ubiegłorocznego wejścia na Krzyżne zanosiło się na zimne, mokre, burzowe dreptanie). Dobry duch gór okazał się jednak nader łaskawy i tylko chwilami strach było patrzeć w niebo...










Dzień pierwszy. Do przejścia trasa 16 km według następującego planu: ruszamy z Kuźnic w kierunku Hali Gąsienicowej, potem Czarny Staw Gąsienicowy, Przełęcz Karb, zejście do Doliny Zielonych Stawów Gąsienicowych, przerwa regeneracyjna w "Murowańcu" (ostatnim razem szarlotka palce lizać :-))), powrót do Kuźnic, nocleg w Kościelisku.

Byłam bardzo ciekawa Czarnego Stawu Gąsienicowego, który po dotarciu na miejsce klimatycznie tonął w chmurach. Dopiero w trakcie podejścia pod Karb zaczął przed nami odsłaniać swoje oblicze. Cudny widok z góry...   






















 


Rzut oka na Kościelec i czas schodzić w Dolinę Zielonych Stawów Gąsienicowych. Mimo piarżystego podłoża teren okazał się całkiem przyjemny do wędrowania, więc droga do "Murowańca" minęła nam błyskawicznie.   











Kolejny dzień, nieśmiałe promienie słońca o poranku i 17,5 km do zrobienia. Znów startujemy z Kuźnic, potem Kasprowy Wierch i spacerek granią graniczną przez Suche Czuby po Przełęcz Kondracką. Widoki tak piękne - zarówno po stronie polskiej, jaki i słowackiej, - że trudno zdecydować się, gdzie patrzeć. Po lewej pochmurny Krywań, po prawej zamglony Giewont, czyli pełen egalitaryzm... 


W niektórych miejscach trasa eksponowana, wymagająca użycia rąk, ale zupełnie przyzwoita i do przejścia. Udało nam się nawet zobaczyć kozice.  






































  

Chwila przerwy na Przełęczy pod Kopą Kondracką, którą zdobyłam kiedyś w ramach wypadu na Czerwone Wierchy (bardzo malownicza trasa, szczególnie jesienią). Następnie zejście na Halę Kondratową, gdzie obowiązkowa zupa pomidorowa, równie smaczna jak w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Potem spacerkiem w kierunku Kuźnic i nocny powrót do domu. Kolejny cel górski zrealizowany z nawiązką, kolejne wciąż przede mną...