piątek, 24 lipca 2015

Miasto Lwa i ja

Zamiast zwyczajowej publikacji przepisu zapraszam dziś na relację z jednodniowej wycieczki do Lwowa, na którą wybrałam się z Biurem Podróży "BIESZCZADER". Nie była to moja pierwsza wizyta na Ukrainie, o czym doskonale wiecie, ponieważ o swoich ukraińskich sentymentach pisałam na blogu. 

Ostatni raz odwiedziłam Lwów w 2010 r., a więc w okresie poprzedzającym EURO 2012. Jest to o tyle istotne, że w związku z organizacją wspomnianej imprezy na Ukrainie zmieniło się bardzo wiele pod względem infrastruktury drogowej (całkiem przyzwoita autostrada od granicy państwa do obrzeży Lwowa), warunków sanitarnych (toalety na dużo wyższym poziomie niż ostatnio, bieżąca, ciepła woda w kranach) oraz kolorystyki samego Lwowa (co niestety przekłada się na zwiększoną liczbę szyldów z logo koncernów znanych nam marek).

Do kogo adresowana jest oferta Biura? Na pewno do osób, które będąc w Bieszczadach chcą wykorzystać fakt, że są blisko granicy z Ukrainą i cenią sobie zorganizowane formy wypoczynku. Jednocześnie z uwagi na napięty harmonogram wycieczki mają świadomość, że kilka godzin to zdecydowanie za mało, by dogłębnie poznać Lwów. Chodzi bardziej o poczucie atmosfery miasta na tyle, by chcieć tu przyjechać na dłużej. Ale po kolei…  
   
Wyjazd z Leska w kierunku przejścia granicznego w Medyce nastąpił we wczesnych godzinach rannych. Po drodze otrzymaliśmy od naszego przewodnika Pana Grzegorza garść przydatnych informacji na temat planowanej kolejności zwiedzania. Bardzo szybka odprawa graniczna po stronie polskiej i nieco dłuższa po stronie ukraińskiej, ale wciąż do zniesienia, co będzie mieć niebagatelne znaczenie z punktu widzenia "atrakcji turystycznej", którą zaserwowano nam przy powrocie do kraju.

Lwów zgodnie z tradycją przywitał nas korkami i niemiłosiernym żarem lejącym się z nieba (temperatura faktyczna jakieś 32 st. C, odczuwalna gruuuuubo ponad 40). Po zabraniu na pokład lwowskiej przewodniczki Pani Teresy zaczęliśmy od zwiedzania cmentarzy, tj. Cmentarza Orląt Lwowskich i Cmentarza Łyczakowskiego. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy byłam na Cmentarzu Orląt miałam ciarki na plecach. Kolejne rzędy jednakowych, białych krzyży zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Głównie ze względu na świadomość, z czym wiąże się każdy z nich. Miejsce absolutnie niezwykłe, które po prostu trzeba zobaczyć będąc we Lwowie…














Potem nastąpiło zwiedzanie centrum miasta, a w zasadzie szybkie przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi kościołami, katedrami, cerkwiami, pomnikami i muzeami wartymi uwagi, czyli krótko mówiąc: lwowski niezbędnik polskiego turysty. Oczywiście była też wizyta w bogato zdobionej Operze Lwowskiej. W programie niestety zabrakło wejścia do Kaplicy Boimów, czego pozostali uczestnicy mogą żałować. Ze swej strony uważam, że warto zapłacić tych parę hrywien, by zobaczyć stiukowe sklepienie kopuły odzwierciedlające architektoniczny "lęk przed pustką".















 
Dlaczego warto przyjechać do Lwowa? Choćby dla atmosfery starych kamieniczek w okolicy Rynku (szczególnie, by zobaczyć Kamienicę Czarną). Dla dostrzegalnego na każdym kroku przenikania się tradycji z nowoczesnością, dla klimatycznych uliczek ozdobionych kwiatami zwisającymi z uroczych latarenek. Pani Teresa prosiła, żebyśmy przekazali Polakom, że we Lwowie jest bezpiecznie i nie ma wojny. Potwierdzam – jest bezpiecznie. Zresztą trzeba pamiętać, że Lwów to zachodnia Ukraina, a więc ponad 1000 km od przejawiającej tendencje separatystyczne prorosyjskiej części kraju.

Z tego względu jeśli nie macie jeszcze sprecyzowanych planów urlopowych, albo jesteście w pobliżu nie wiedząc, co zrobić z resztą wolnego czasu, wybierzcie się do Lwowa. Grecy, czy Hiszpanie potrzebują wsparcia w postaci EURO, ale wierzcie mi, że Ukraińcy docenią to bardziej. Jak dowiedzieliśmy się od Pani Teresy po wydarzeniach związanych z aneksją Krymu ceny gazu dla gospodarstw domowych wzrosły o 700 %! Wysokość podstawowej emerytury to w przeliczeniu na naszą walutę jedynie 150 zł!!! Na sugestię jednej z uczestniczek wycieczki, że nie da się przeżyć za taką kwotę, Pani Teresa skwitowała krótko: „A kogo to obchodzi? Musimy sobie jakoś radzić”. I radzą sobie na swój własny sposób, a dochody z turystyki to ważny element ich codziennego utrzymania. Warto o tym pomyśleć, za nim po raz kolejny będziemy chcieli narzekać na „ciężką” sytuację w naszym kraju… 




















Dodatkowo wbrew temu co się czasem słyszy o Ukraińcach mieszkańcy Lwowa są bardzo przyjaźnie nastawieni do Polaków. Większość z nich świetnie mówi po polsku, ma polskie korzenie lub polskich znajomych. W zdecydowanej większości miejsc można płacić złotówkami, a sprzedawcy potrafią szybko przeliczyć ich równowartość na hrywny. Było mi troszeczkę wstyd, że mieszkając po sąsiedzku nie rozumiem ich języka, że o słowie pisanym w ogóle nie wspomnę. Jeden z nielicznych napisów, które byłam w stanie rozszyfrować to „APTEKA”, bo różnił się tylko jedną literką od wersji polskiej...

Po obiedzie nastąpił ciąg dalszy sprintu uliczkami miasta w pogoni za realizacją kolejnych punktów programu. Czas wolny to możliwość zakupu przepysznej chałwy, wyrobów czekoladowych, czy różnego gatunku alkoholi. Jak na polskie realia dla nas wciąż jest tu stosunkowo tanio (1 kg chałwy to koszt rzędu 10 złotych, a dwudaniowy obiad z naprawdę dużymi porcjami i deserem można zamówić za równowartość 25 złotych).














Po zaopatrzeniu się w artykuły pierwszej potrzeby wyjechaliśmy w stronę granicy. I tu kolejna niespodzianka. Tym razem odprawa po stronie ukraińskiej przebiegła sprawnie, podczas gdy nasze służby graniczne zarządziły szczegółową kontrolę. Według zdawkowych komunikatów celnika autokar MUSIAŁ zostać dokładnie sprawdzony na kanale, a my mieliśmy wyjść z bagażami do miejsca, w którym dane nam będzie doświadczyć uroków odprawy. Kiedy to nastąpi??? Nie wiadomo, proszę czekać. Jak trzeba, to trzeba. Kolejni celnicy wchodzili i wychodzili do sali wypełnionej zmęczonymi i co tu ukrywać spoconymi pasażerami totalnie nas ignorując. Nie trudno się dziwić, że część uczestników wycieczki poddana nadmiernym promieniom słońca nawet nie próbowała ukrywać swojej irytacji głośno artykułując, co sądzą o prowadzonej właśnie walce z przemytem. 

Koniec końców przetrzymano nas na granicy ponad trzy godziny, nie stwierdzając jakichkolwiek uchybień, czy to po stronie organizatora podróży, czy w zakresie niedozwolonego przewozu napojów wysokoprocentowych przez jej z uczestników. Rozumiem: procedury rzecz święta, muszą być przestrzegane. Jako prawnik mam tego pełną świadomość. Jednak mimo wszystko szkoda, że miłe wspomnienia ze Wschodu części pasażerom kojarzyć się będą z nie do końca zrozumiałym zachowaniem polskich celników, reprezentujących przecież państwo członkowskie UE, do której mieszkańcy Ukrainy tak ochoczo aspirują… 

3 komentarze:

  1. Potwierdzam - Lwów jest bardzo bezpieczne i przyjazne europejskie miasto. Zapraszam wszystkich Polaków na kawę, piwo, czekolada i inne lokalne specjały :)
    Niestety, granica nas dzieli i w niedalekiej przyszłości nic w tym kierunku nie zmieni się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednak wierzę, że zmiany nastąpią za mojego życia :-). Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Wspaniałe miejsce, muszę się kiedyś wybrać :)

    OdpowiedzUsuń