niedziela, 10 listopada 2013

Koncert życzeń

Za duża jestem na pisanie listów do świętego Mikołaja, ale gdyby jakimś cudem Mikołaj zaglądał na mojego bloga, to mam parę pomysłów na gwiazdkowe prezenty. Zaznaczam, że byłam wyjątkowo grzeczna w tym roku, więc liczę, że święty to doceni. Marzy mi się na przykład szary serwis śniadaniowy, foremka do wypieku bagietek, nowa maszynka do gofrów, bo dotychczasowa okres świetności ma już za sobą. Chętnie też popróbuję regionalnych przepisów ze "Smacznej Polski", poczytam "Mroczną stronę gór""Kometę nad Annapurną", czy "Koronę Ziemi" albo posłucham albumu "Transoriental Orchestra". Nie miałabym również nic przeciwko parze genialnych Spikecrossów. A gdyby Mikołaj uznał, że byłam bardzo, ale to bardzo grzeczna i dodatkowo cierpiał na nadmiar środków finansowych, to poproszę KitchenAid'a, o którym myślę od dawna i w końcu sama go sobie sprezentuję. Rozumiem, że prośby o bilet do Nepalu, lot balonem, czy grafitowego Mercedesa raczej nie wchodzą w rachubę w tym sezonie, więc zachowam je na kolejne lata. A tak na serio, to niech Mikołaj przyniesie mi to, co uzna za stosowne, bo przecież zna mnie najlepiej…  


Grillowana pierś z kurczaka
w słodko-pikantnej marynacie

Składniki:

Marynata:
- 4 łyżki sosu sojowego (jasnego),
- 2 łyżki miodu (dałam spadziowy),
- 2 pomarańcze,
- 2 ząbki czosnku,
- kawałek papryczki chili,
- kawałek imbiru,
- 2 łyżki wiórków kokosowych,
- garść igiełek rozmarynu (dałam mrożone).

Dodatkowo:
- 2 piersi z kurczaka,
- sól i pieprz (do smaku).

Sos sojowy wymieszać z miodem, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, drobno posiekaną papryczką chili i imbirem, posypać wiórkami kokosowymi i rozmarynem. Pomarańcze sparzyć, wycisnąć sok z 1 i ½ pomarańczy, pozostałą połówkę pokroić w cząstki, połączyć z resztą składników marynaty. Piersi z kurczaka lekko zbić tłuczkiem, oprószyć solą i pieprzem, zalać marynatą, wstawić do lodówki na kilka godzin do połączenia się smaków. Po tym czasie mięso odsączyć z zalewy i usmażyć na patelni grillowej.

*Kurczaka podałam z grillowanym mango i puree ziemniaczano-brokułowym.  






 
  






niedziela, 3 listopada 2013

Żeby chciało się chcieć

Często zdarza mi się słyszeć teksty w stylu: „że też chce Ci się…” i tu, w zależności od osoby mówiącej, pojawia się litania następujących wstawek: „…biegać, tracić czas w kuchni, grzebać w ogrodzie, chodzić w te Twoje góry, wydawać kasę na kolejne książki o himalaistach. A tak w ogóle, kiedy znajdujesz CZAS na to wszystko???”. Nauczyłam się jednego: brak czasu jest zwykle wygodną wymówką dla braku chęci, czy szerzej braku zainteresowań. Łatwiej odpalić komputer i spożytkować energię przed monitorem niż pokombinować z czymś wymagającym większego zaangażowania, choć niekoniecznie czasochłonnym. Faktycznie, zwykle mam wrażenie, jakbym korzystała z turbodoładowania, ale zdarzają się i takie chwile, gdy mam ochotę wszystko rzucić i wyemigrować do Nowej Zelandii. I właśnie dlatego, że chce mi się chcieć takich momentów jest na szczęście bardzo mało. Dzisiaj na przykład miałam ochotę przygotować pyszny deserek, który skutecznie zwalczył listopadową chandrę...

   
Jabłkowo-cynamonowy bulgur
z kremem ajerkoniakowym

Składniki:

- 150 g kaszy bulgur,
- 300 g jabłek,
- 1 łyżeczka cynamonu,
- ½ łyżeczki mielonego imbiru,
- 2 łyżki soku z cytryny,
- 1-2 łyżki brązowego cukru,
- 2-3 łyżki płatków migdałowych.

Krem ajerkoniakowy:
- 250 g mascarpone,
- 2-3 łyżki ajerkoniaku,
- 1 łyżka cukru pudru.

Bulgur namoczyć w zimnej wodzie na ok. 30 min., odcedzić. Wrzucić na wrzącą wodę, gotować ok. 15 min., po odcedzeniu odstawić do przestygnięcia.
Jabłka obrać, zetrzeć na tarce, skropić sokiem z cytryny. Dodać cukier, cynamon i mielony imbir, całość połączyć z bulgurem. Masą wypełniać wysmarowane masłem kokilki, z wierzchu posypać pokruszonymi płatkami migdałowymi. Piec w 190 st. C przez 15-20 min. Podawać na ciepło z kleksem zimnego kremu ajerkoniakowego.

Krem:
Mascarpone połączyć z ajerkoniakiem i cukrem pudrem, przed podaniem schłodzić ok. 30 min. w lodówce.

















A poniżej trochę jesiennych kolorów: 







Ubiegłotygodniowa, wietrzna Tarnica z praktycznie zerową widocznością na szczycie (zdj. dzięki uprzejmości kolegi):